4739 – co dalej?

1 września nowych potwierdzonych zakażeń było 550 (na 29 400 wykonanych testów). Dzisiaj: 4739 (na 21 500 wykonanych testów, aktualizacja po korekcie Ministerstwa: 30 400).

Czy kiedy już widać wyraźnie, że sytuacja wymyka się (wymknęła?) spod kontroli, rząd podejmie wreszcie działania, które będą oparte o rzeczywistość (tę tutaj, a nie jakąś alternatywną fikcję) i których celem będzie ochrona nas, ludzi (a nie politycznego wizerunku)?

Czy kiedy już widać, że powrót do normalności „jak gdyby nigdy nic”, jest po prostu niemożliwy (przykro mi, naprawdę), możemy przestać to wypierać i zacząć ogarniać nowe warunki (mimo, że możemy wcale ich nie chcieć)?

Trudno zrozumieć, dlaczego rząd zamiast zapobiegać, działa dopiero, jak już mleko się rozleje.

Niestety pandemia to póki co nieograniczone „zasoby mleka”, więc zastanówmy się, co zrobić ze szkołami, zanim kolejne porcje wykipią.

Tracimy w tej chwili trochę kontrolę nad rozwojem epidemii. W dwóch na trzy przypadki nie znamy źródła zakażenia chorego. Wiemy jednak, że w dużej mierze są nimi dzieci w szkołachpowiedział PAP dr Jakub Zieliński z Zespołu Modelu Epidemiologicznego ICM Uniwersytetu Warszawskiego (wyjaśnienie, skąd ta pewność – na końcu tekstu).

Szkoły były otwierane w oparciu o wytyczne Ministerstwa Edukacji, które były w większości skazane na nieskuteczność. Dzisiejsze rekordy są tego efektem.

Aktualne zalecenia wcale nie są lepsze: w strefie żółtej obowiązuje podczas wydarzeń typu targi, wystawy, konferencje obowiązuje limit 4 m2 na jedną osobę (w siłowniach wytyczne są jeszcze surowsze: 7 m2 na osobę; w kinach: dopuszcza się 25% publiczności).

Przeliczmy to na szkołę: 26 uczniów w klasie potrzebowałoby sali o metrażu 104 metrów kwadratowych. Ktoś z Was taką kojarzy?

Klasy, z którymi najczęściej się spotykam, mają 50-60 m2 (1.9 – 2.3 m2 na dziecko). Czyli dorośli okazjonalnie spędzający na konferencji kilka godzin mają bardziej restrykcyjne przepisy niż dzieci i nauczyciele, którzy te kilka godzin spędzają w szkole dzień w dzień. Dlaczego? Może dlatego, że rządowi łatwiej jest dyktować warunki innym niż ogarnąć chaos na własnym podwórku, w „budżetówce”.

Lepiej późno niż wcale

Jak rozgęścić szkoły (szczególnie te duże, liczne, najczęściej występujące w miastach)? Przede wszystkim: jak najszybciej! Przejrzałam rozwiązania, które zebrałam tu w sierpniu (są na głównej stronie). Wiadomo: wtedy była inna sytuacja i gdyby osoby odpowiedzialne były bardziej przewidujące, być może w ogóle nie doszłoby do tak gwałtownego skoku zakażonych. Ale jest jak jest.

Dzisiaj chodzi o to, żebyśmy maksymalnie ograniczyli transmisję wirusa przez szkoły i jednocześnie starali się jak najbardziej ograniczyć straty pod względem: edukacyjnym, ekonomicznym, psychospołecznym.

Całkowite zamknięcie wszystkich szkół powinno być ostatecznością.

Więc może spróbujmy tak:
kto może (uwzględniając wiek, sytuację zawodową rodziców, sytuację domową, społeczną), przechodzi na naukę zdalną.

Stacjonarną naukę w pełnym wymiarze szkoła zapewnia* dla:

  • najmłodszych dzieci, które nie mogą jeszcze samodzielnie zostać w domu, a rodzice pracują;
  • dzieci o potrzebach specjalnych;
  • ew. dzieci z roczników, które zdają w tym roku egzaminy.

* ale jeśli wolą uczyć się z domu / mają do tego warunki, szkoła im to umożliwia.

Dodatkowym zabezpieczeniem jest zmniejszenie liczebności klas. Klasę dzielimy na grupy (12-15 osób), które na zmianę uczą się stacjonarnie / zdalnie (rotacja co tydzień).

W polskich warunkach (w dużych szkołach), a na dodatek jeszcze w czasie pandemii to zależy głównie od tego, czy rodzicom w klasie uda się pogodzić rytmy życia i pracy – i dogadać.

Model może być pomocny także w starszych rocznikach: nie odsyłamy ich na 100% zdalnej edukacji, tylko zostawiamy okresowy kontakt ze szkołą w wersji stacjonarnej. Program realizują:

  • równolegle (tu dużo zależy od prowadzącego zajęcia);
  • albo: tydzień stacjonarny jest wstępem do zagadnienia / projektu, który później uczniowie realizują w trakcie tygodnia poza szkołą;
  • albo: stacjonarnie tylko wybrane przedmioty (przykładowo u Duńczyków była to matematyka i języki).

W obrębie klasy i szkoły nadal ważny jest dystans:

  • uczniowie siedzą w ławkach pojedynczo (możliwe przy podziale klasy na mniejsze grupy);
  • przychodzą o różnych godzinach, o różnych godzinach mają przerwy;
  • możliwie często wychodzą na lekcje plenerowe;
  • noszą maseczki w częściach wspólnych;
  • ze świetlicy korzystają tylko te dzieci, które NAPRAWDĘ MUSZĄ;
  • szkolną frekwencję można dodatkowo rozładować wprowadzając jeden zdalny dzień w tygodniu (różne dla różnych klas).

I jeszcze kilka kwestii, niezależnie od przyjętego scenariusza:

  1. zdrowi nauczyciele są niezbędnym elementem możliwie sprawnego systemu szkolnego – TESTUJMY ICH!!! Z myślą o ich bezpieczeństwie + po to, żeby móc kontrolować ogniska + po to, żeby móc planować działania w oparciu o dane, a nie o przeczucia;
  2. elastyczność szczególnie wobec starszych nauczycieli opłaca się nam wszystkim: pedagodzy 50+ to blisko 1/3 całej kadry, jeśli zarażą się od bezobjawowych dzieci, zabraknie „rąk” do poprowadzenia zajęć – dlatego tam, gdzie się da, powinni być przekierowani (jeśli sami tego chcą) do prowadzenia lekcji online, zmniejszając im ryzyko zakażenia w szkole;
  3. we wszystkich sytuacjach wyboru (np. przy ograniczeniu frekwencji na świetlicy) pierwszeństwo dostają dzieci osób rodziców pracujących w służbie zdrowia, w związku z COVID, dzieci wychowywane przez jednego rodzica (oraz wszystkie inne dzieci o potrzebach specjalnych, zdrowotnych i/lub socjalnych).

I jeszcze jedno: dzień po uruchomieniu nowych procedur Ministerstwo powinno zacząć przygotowania do… kolejnego, tym razem przemyślanego, powrotu do szkół. Bo jakie efekty przynosi planowanie czegokolwiek o takiej skali na 3 tygodnie przed startem – to właśnie widzimy.

*
Skąd wiemy, że szkoły przyczyniają się znacząco do transmisji wirusa? Dr Zieliński wyjaśnia to w innej rozmowie. Na pytanie „Na jakiej podstawie wnioskują państwo, że wpływ szkół na rozwój epidemii jest tak duży?” odpowiada: – Rozwój epidemii w Polsce badamy w oparciu o komputerowy model społeczeństwa. W modelu mamy ok. 38 mln „agentów”, odpowiadających 38 mln ludzi w Polsce, rozmieszczonych na mapie kraju na podstawie danych o gęstości zaludnienia. Przedział ich wieku dopasowany jest do zachowań mniej więcej tak jak w społeczeństwie, tzn. osoby starsze idą do kościoła, osoby w wieku szkolnym – do szkoły, itd. I zaobserwowaliśmy jednoznacznie, że w momencie, kiedy nasze „ludziki” poszły do szkół, wystąpił gwałtowny wzrost zachorowań w grupie ich rodziców, czyli w przedziale wiekowym 30-40 lat. Dzieci same na koronawirusa nie chorują, ale przynoszą go ze szkoły i zakażają rodziców.
Pełna wersja rozmowy: tutaj.

Dodaj komentarz